Lifecycle
wpisy
listy
gg nie działa póki co
słucham: tego
2006 lipiec marzec luty 2005 maj kwiecień luty 2004 wrzesień sierpień lipiec maj kwiecień marzec luty styczeń
|
16:45:45
2006-07-31
peleton finiszuje
Czasami jest to kwestia nastroju, ryku duszy przybitej, albo po prostu tak zwanego natchnienia. Czasami aby wpisac porządną notkę na blogu trzeba się solidnie napocić, a czasami linie tekstu pojawiają się prawie same pod palcami stukającymi w klawiaturę. Pisałem dla siebie i dla Ciebie, kimkolwiek jesteś.
Teraz zaczyna się inna historia, z dala od domu, na zupełnie obcej ziemi. I chyba wlaśnie teraz następuje naturalny koniec tego bloga. Kończę go bo tak czuję, bo chcę zacząć coś innego, bo nigdy nie chcialem aby tutaj znajdował się mój pamiętnik.
Czytelniku, zostaw swój ślad w komentarzu, gdy już nic się tutaj nie pojawi. To nie znaczy, że nie bedzie mnie, znikam, nie powrócę czy coś... Ciągle sprawdzam maile i jestem dostępny na gg. Ludzie kochani, przecież to tylko blog...
skomentuj (12)
10:17:18
2006-07-04
Bill Murray byłby dumny
Lato spada na Londyn pewnego dnia, całkiem niezapowiedziane. Jeszcze wieczorem było zimno i deszczowo, ale już następego poranka jest bezchmurnie i przepięknie. Idę do pracy, a słońce obiecuje mi piękny dzień.
Standardowy rytuał: najpierw kawa w Starbucks, duże latte bez cukru zawsze dobrze robi na duszę, potem gazeta przy stoliku przed kawiarenką. Potem wpadam do pobliskiej kanapkarni po śniadanie. Rozmawiam chwilkę z pracującą tam Polką. Ona zaprasza mnie na imprezę w sobotę, dziękuję bardzo uprzejmie, obiecuję że wpadnę. Wychodze szybko, bo za chwilkę będę spóźniony.
Wchodze do biura, witam się z ludźmi pracującymi na moim pietrze. Mam takie dziwne szczęście, że pracuję z ludźmi z zupełnie różnych stron świata. Dwie Meksykanki, dwoje Niemców, kilkoro Amerykanów, Wenezuelka, Włoch, Austriak i jeden jedyny Anglik. Mowię ogólne „dzień dobry”, niektórzy pytają się co słychać, oczywiście angielskim zwyczajem odpowiadam, że „świetnie i w ogóle”, siadam przy moim biurku i włączam komputer.
Po kilku godzinach pracy przychodzi czas na jakiś obiad, a właściwie przekąskę. Szybki zjazd na dół, przy różnicy kilkunastu pięter w uszach czuć rożnicę ciśnienia. City jest zatłoczone, tłumy z okolicznych biur chcą zjeść kanapkę. Przeciskam się drobnymi uliczkami, dochodze do brzegu Tamizy. Siadam na ławce gapiąc się na zacumowany na przeciwko HMS Belfast.
Kanapka kupiona rano smakuje bardzo dobrze, choć część jej zawartości ląduje na chodniku (widocznie jestem fleją i nie potrafię jeść kanapek).
Powrót do pracy, siedzę tyłem do okna, za mną dachy okolicznych biurowców prażą się w słońcu, na horyzoncie góruje wieża telekomunikacyjna British Telecom. Robie drugą kawę, tym razem rozpuszczalną nescafe (przywiezioną jeszcze z Polski).
Pracuję.
Piąta trzydzieści, czas do domu. Wypadam z biura, szybko wchodze do metra, poł godziny i już jestem siebie. Szybki marsz ze stacji pod dom, na parkingu zgarniam z samochodu liście, zerwane przez wiatr z okolicznych drzew.
W domu rzucam klucze na stół w przedpokoju. Sekretarka mruga czerwonym światełkiem. Mama prosi o odezwanie się. Dobrze mamo, przecież rozmawialiśmy tydzień temu, nie wystarczy?
Wieczorna kawa, w telewizji mundial, chwilka przed komputerem, trzeba odpisać na maile od znajomych z Polski, coraz rzadziej, ale ciagle przychodzą. W telewizji jakiś film, Stallone zabija złych ludzi.
Szybki prysznic i sen w świeżo wypranej pościeli...
Jutro znowu będzie tak samo.
skomentuj (1)
11:53:08
2006-03-28
o fortuna
Michael jest Polakiem. Przyjechał tutaj jako Michał w latach osiemdziesiątych, miał wtedy siedem lat. Jego ojciec był Angolem, więc u niego w domu rozmawiało się po angielsku. Gdy Michał zaczął studia zmarł jego ojciec, a jego matka wróciła do Polski. Michał został w Londynie, skończył studia, założył własną firmę. Kilka lat temu, bardzo prozaicznie, bo w pubie, poznał pracującą tam Polkę. Podobno zaiskrzyło niesamowicie, od tego momentu są parą. Poznałem ich oboje jakiś czas temu, są już zaręczeni, latem mają sie pobrać, podobno mam byc zaproszony na ślub i wesele. Michał uczy sie polskiego na nowo, i jakoś próbuje odkryć tą swoją drugą, zapomnianą ojczyznę.
Agnieszka jest Polką. Po przyjeździe tutaj kilkanaście lat temu skończyła studia i zaczęła pracować w potężnym domu mediowym w City. Kariera niesamowita, od dziewczyny opiekującej się dziećmi do pani manager na bardzo decyzyjnym stołku. Poznałem ją na jakiejś firmowej imprezie i nawet nie domyśliłem się, że jest Polką. Używane imię: Agnes, znakomity angielski, bez prawie żadnej naleciałości. Zdradziło ją typowo polskie nazwisko. Ale Agnieszkę nic nie łączy z jej krajem, nie chce do niego wracać, gdyby mogła to całkiem by o nim zapomniała. Za kilka miesięcy wychodzi za Anglika, zamierza wtedy zmienić nazwisko na typowo angielskie. Brytyjski paszport oczywiście w bonusie.
Nie oceniam nikogo. Życie nas targa w różne strony, a i tak kończymy w całkiem niezaplanowanych miejscach...
skomentuj (7)
17:08:45
2006-03-07
a może budyń?
Miałem kiedyś równe 20 lat. I chyba właśnie z tej okazji przypomniał mi sie jeden z wieczorów spędzonych w Warszawie w tamtym czasie: ze znajomymi umówiliśmy się na Starówce, aby opić jakąś zupełnie nieistotną okazję. Był środek lata, wódka lała się strumieniami, redbull był tani, dziewczyny gorące, a Monika Brodka ciągle nieznana. Aż chciało się żyć.
Siedzieliśmy w knajpie na rynku Nowego Miasta pijąc dużo, śmialiśmy się z dowcipów kolegi, zjedliśmy dobrze i nawet niezbyt drogo. Zrobiło się ciemno, a restaurator oznajmił nam, że zamyka lokal. Zorganizowaliśmy przemarsz z zabranymi szklankami pełnymi kolorowych drinków przez Rynek i Plac Zamkowy, wtedy jeszcze Straż Miejska nie wstawiała żadnych głupich mandatów za picie pod chmurką. Dotarliśmy pod postój taksówek, musieliśmy wziąć trzy, bo było nas trochę za dużo.
Pod klubem stojąc w kolejce poznałem fajną dziewczynę. Nie wiedziałem właściwie, czy była koleżanką któregoś z moich kolegów, czy też była to zupełnie przypadkowa postać, która równie przypadkowo znalazła sie akurat w tej kolejce. Zamieniliśmy kilka słów przed wejściem, powiedziałem „do zobaczenia w środku” i znajomi wtargali mnie do środka.
Klub przywitał ściskiem, zapachem fajek i kadzideł, na szczęście letnie noce były przegorące, a klub miał swój własny, otwierany na czas imprez ogród.
Wcześniej poznaną dziewczynę spotkałem przy barze. Rozpocząłem rozmowę, jakoś tak nieskładnie mi szło, bo i byłem wtedy cholernie nieśmiały a i trochę wstawiony, najmłodszy z naszego towarzystwa, przez co narażony na głupie spojrzenia ciekawskich znajomych. Ją to najwyraźniej bawiło bo uśmiechała się a ja do końca nie wiedziałem, czy z sympatią, czy ironią.
Rozmawialiśmy sporo, impreza się zaczynała, szło mi coraz lepiej. Chyba jednak mnie polubiła, bo gdy zaczęliśmy tańczyć to nagle okazało się, że przetańczyliśmy razem całą noc i załapaliśmy się nawet na klubowe śniadanie. Rano odwiozłem ją do domu, dostałem nawet numer telefonu i buziaka na „do widzenia”.
Nie było ciągu dalszego tej historii, nigdy nie zadzwoniłem. Dosłownie dwa dni później poznałem dziewczynę, z którą spędziłem kilka lat.
A dzisiaj... Kobieta, która pracuje w okolicznym Starbucksie jest kropka w kropkę podobna do niej. Może to ona? Może podejść się i spytać?
Byłbym świadkiem pytań jak z „Ławeczki”:
„Czy pamiętasz? 10 lat temu? W klubie?.Co słychać? Jak życie cię traktuje? Co robisz w UK? Dlaczego mimo 30 lat na karku pracujesz ciągle w Starbucks? Dlaczego nigdy nie zadzwoniłem? Ach to zabawna historia, uśmiejesz sie jak ci powiem...”
Taak, po prostu uśmiejesz się...
skomentuj (7)
13:10:02
2006-03-07
10 mil od pioruna, a na wschodzie mruczy i grzmi
Gdy wychodzimy z pubu jest już bardzo późno. Niedługo odjeżdża ostatnie metro. Kilka osób śmieje sie, pary się obejmują, alkohol krąży w naszych żyłach. Zimno jak cholera, wiosna ciągle czai się za rogiem. Właściwie to nie powinienem pić w ciągu tygodnia, nazajutrz muszę isć do pracy. Ale wali mnie to i jakoś mam to wszystko głęboko w dupie. Centrum Londynu jest kolorowe i dziwacznie bezludne. Idziemy w kierunku przystanków autobusowych i stacji metra. Tam żegnamy się wszyscy, cholernie dobrze ubrani trzydziestolatkowie, na rozbiegu.
Pociąg jedzie w tunelu przez kilka stacji, aby po jakimś czasie wystrzelić na powierzchnię. Światła latarni odbijają się od mokrych dachów szeregowców, przejeżdżamy szybko nad rozświetloną i mimo późnej pory ciągle ruchliwą autostradą. W wagonie jestem prawie sam, widze kogoś na drugim jego końcu. Dobrze mi samemu, nie czuje potrzeby integrowania się z kimkolwiek. Pociąg kołysze miarowo i nawet przyjemnie usypia. Seksowny głos mówi mi, ze to moja stacja. Ziewam i wysiadam. Wagon zamyka gębę zaskoczony i odjeżdża, zostawiając mnie na mokrym peronie.
Samochód zostawiam na parkingu, nie wsiądę po pijaku, zrobię sobie spacer do domu. Wspinam się na wzgórze, wokół jest przeraźliwie cicho, nie jeżdżą już żadne samochody. Domy przykucnęły otulone żywopłotami, patrzą na mnie mrugając światłem zza niedomkniętych okiennic. Chodnik jest tłusty i chropowaty, moczę dżinsy w płytkich kałużach, na pobliskim murku siedzu duży, czarny kot.
Przed domem zapalam papierosa, Akurat nade mną samoloty podchodzą do lądowania na Stansted. Zastanawiam się, czy tam z góry widzą żar fajki. Czy w ogóle widza to, co się dzieje tutaj na ziemi? Słyszę jak silnik obniża ciąg, po chwili samolot znika za budynkiem. Niedopałek zamilkł pod moim butem, klucz w drzwiach przekręca sie łagodnie. Mój dom pachnie imbirem i chyba cynamonem. W sypialni padam po ciemku na łóżko. Przez gołe okno widze światła pozycyjne ustawionych w kolejkę samolotów. Myślę o wszystkim i o niczym. Zasypiam, gdzieś po dwudziestym baranie.
skomentuj (2)
13:22:47
2006-02-23
nowa notka, bez składu
Siedzę w biurze, popijam kiepską kawę z ekspresu w naszej kuchni. Patrzę na swoich współpracowników, jakże bardzo jesteście różni ode mnie, a jednocześnie podobni. Wczoraj, w pubie śmiałem się z cudzego dowcipu o kardynałach w Watykanie, aż sam się zdziwiłem, że nie obraził mojego polskiego etosu papieża-Polaka. Spływa po mnie wszystko.
Londyn siąpi deszczem i śniegiem, u mnie na północnym wschodzie jest cisza i spokój, jakże daleko od zgiełku East-Hamu albo syfu na Sheperd's Bush. Zupełnie inaczej, przeprowadzka to byl znakomity pomysł. Nie znam sąsiadów, a oni nie znają mnie - może to i lepiej.
Chociaż ostatnio sąsiadka z piętra mówi do mnie "dzień dobry". Prowadzimy zwyczajny angielski smalltalk, "jak się masz", "zimno dzisiaj", "miłego dnia", "pocałuj mnie w dupę"...
Po pracy, albo rano biegam. Mieszkam w lesie - kto by przypuszczał, że przeprowadzając się do Londynu będę mieszkał w lesie? Ziemia na leśnych ścieżkach jest zawsze mokra, rozchlapuję błoto, brudzę sportowe buty. Pracuję nad oddechem, na początku tętno skacze, ale potem uspokaja się i serce bije równo. Jest dobrze. Dobiegam na szczyt wzgórza, gdzie na polanie stoi droga knajpa z betonowym podjazdem dla ekskluzywnych gości. Raz zabrałem tutaj Chantalle na kolację, było drogo, ale warto było. Ale teraz wszystko jest mokre i jest jasno, a ja muszę wracać. I zbiegam ze wzgórza, znowu rozchlapując błoto, wdycham zapach mokrego lasu.
W metrze czytam "miłość w czasach zarazy" i jakoś nawet nie chce mi się patrzeć przez okno. Po chwii i tak wjeżdżamy do tunelu.
skomentuj (4)
12:22:20
2006-02-15
czar zeszłego lata
Próbuję jakoś streścić te ostatnie 8 miesięcy od kiedy umieściłem tutaj ostatnią notkę. Nie da się - wydarzyło się zbyt wiele, aby umiecić to w kilku zdaniach.
I tak nie piszę tego na świeżo, więc jakkolwiek bym tego nie opisał to i tak nie będzie to w pełni nasycone nastrojem tego okresu, nie opisze wszystkiego z taką starannością. Może to i lepiej, bo nie jestem dumny z większości rzeczy, które się wydarzyły wtedy.
Jakoś tak nie mogłem sie pozbierać po tym wszystkim, próbowałem różnych rzeczy: rzuciłem się w nowe hobby, probowałem poznac inne kobiety itd. Nic nie pomagało. Klaudia zrobiła mi niezły numer, pojawiła się jak kometa w moim życiu ("wiesz, zostawiam mojego męża, tak naprawdę to tylko ciebie kocham"), przeleciała (w pobliżu i w łóżku) i zniknęła ponownie. Przez to nie wykorzystałem super okazji na poznanie a może nawet związek z inną fajną dziewczyną. Nie da się ganiać za dwoma królikami jednocześnie. Potem zrobiłem głupi szacher-macher z różnymi osobami, na których mi zależało z różnych powodów. Potem zacząłem pić a chwilę potem przestałem. W każdym razie w połowie wakacji, pewnego popołudnia przyjechał do mnie Karol.
- kiepsko wyglądasz - wszedł jak do siebie, w kuchni wyciągnął z lodówki piwo, usłyszałem syk i dźwięk otwieranej puszki. - ogolić mógłbyś się, posprzątać. Już nie pracujesz?
- mam urlop - tego dnia nie chciałem jakoś ciągnąć tematu pracy. Tydzień wcześniej złożyłem wypowiedzenie, wziąłem zaległy urlop, odprawę, wiszące resztki "trzynastki", spakowałem wszystkie rzeczy z biurka do kartonu i postanowiłem więcej nie wchodzić do tej firmy.
Karol usiadł na dywanie, oparł sie o ścianę.
- co teraz?
- nie wiem, mam pewien pomysł, ale nie wiem czy wypali.
- jaki pomysł?
- chcę gdzies wyjechać, zostawić Warszawę, może zmienić zawód. Potrzebuję chyba zmiany.
- to znaczy? - pociągnął łyka - gdzie chcesz jechać?
Chwilkę ważyłem to to miałem zamiar powiedzieć.
- wracam na Zachód, jeszcze nie wiem gdzie.
- aha - spoglądał na mnie świdrującym wzrokiem - uciekasz?
- nie - wahałem się - nie wiem właściwie. Nie uciekam, chcę zmienić środowisko, otoczenie, chcę dostać trochę więcej niż dostaję tutaj, chcę... tak, dokładnie, czegoś więcej.
- bzdura - uśmiechnął się z przekąsem - uciekasz. Miałeś wszystko na talerzu, miałeś super pracę, masz dobrych przyjaciół, ludzi, którzy wiele dla Ciebie zrobili i nadal robią. Miałeś szansę na ułożenie sobie życia na spokojnie w swoim kraju. Nawet mogłeś mieć super dupę. A ty to zostawiasz.
- co ty mówisz - obruszyłem się, choć nie byłem już taki pewny siebie.
- mówię ci, zachowujesz się jak obrażona panienka.
- kurwa Karol, nie masz pojęcia co czuję.
- wiesz co? - chyba się trochę zdenerwował, bo zaciskał usta - zachowujesz się jak dupek, ludzie wyciągają do ciebie rękę a ty chcesz gwiazdki z nieba.
- oj gówno wiesz - żachnąłem się, choć wiedziałem, ze nie mam żadnych argumetów. - w dupę mnie pocałuj.
- to ty mnie w dupę pocałuj - wstał, odstawił puszkę na stół - egoisto pieprzony! Ja to mam cię i tak w dupie i moim zdaniem możesz nawet sobie strzelić w łeb!
Spojrzałem na niego wymuszając na sobie najbardziej paskudny uśmiech na jaki było mnie stać.
- wypierdalaj - powiedziałem wymawiając osobno każdą sylabę. Probowałem utrzymać moją ironiczną minę, ale chyba drgnęła mi szczęka.
Patrzył mi przez chwilę w oczy. Westchnął, nie wiem czy ze złością czy może raczej z rozczarowaniem. Wyszedł trzaskajac drzwiami.
skomentuj (3)
|